#21/365: Ze skarbca

Generalnie zamiast dzisiejszego wpisu miał być filmik, ale że jakość dźwięku jest fatalna w kluczowym momencie, pomiędzy od 1:30 do 1:50, to muszę wrzucić krótkie uzupełnienie (sam filmik jest „na setkę” nakręcony w trakcie biegania po lesie, bez żadnego gimbala i wrzucony bez żadnego montażu). Tak być musiało, na przyszłość troszkę lepiej przygotuję rzecz technicznie.

W każdym razie w tej nieco mało składnej wypowiedzi, wygłoszonej na granicy rezerwy tlenowej udało mi się połączyć dwa moje profile na FB, dzisiejszy fragment Ewangelii wg św. Mateusza 13, 47-53 oraz zapowiedź jutrzejszej konferencji Szymona Hołowni i jego Ruchu Polska 2050. Jednym słowem, jazda bez trzymanki 🙂 . A w tym fragmencie, w którym mnie nie słychać mówię o fragmencie ewangelii, w którym uczeń królestwa niebieskiego jest porównany do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy stare i rzeczy nowe. A dalej to już możecie sobie dosłuchać 🙂

W każdym razie od teraz w czwartki będzie coś pozytywnego. I w niedziele też. Nawet gdyby świat miał się walić.

#15/365: Nienawistna dziesiątka

Przyzwyczailiśmy się do hejtu w internecie. Bardzo łatwo nam to poszło, zaakceptowaliśmy powszechny hejt łatwiej niż disco polo w publicznej telewizji. Jeszcze jakiś czas temu ta „jasna strona mocy”, jaką mieniła się większość tzw. prodemokratycznej politycznej opozycji w naszym kraju i jej zwolennicy przynajmniej starała się udawać, że hejt w internecie jest jej obcy. Ale to się zmieniło. Rok temu pisałem, że „wojny trolli’ rozpętanej w postaci hejterskiej nagonki na sędziów, pod egida Ministerstwa Sprawiedliwości nie da się już zatrzymać i że jest tylko kwestią czasu, kiedy po podobne metody sięgną partie opozycyjne. Kampania w wyborach prezydenckich dobitnie pokazała, że w kwestii metod PO posiada już obecnie prawie taki sam arsenał jak PiS i prawie równie bezpardonowo po niego sięga. To wzajemne obrzucanie się epitetami, plucie jadem, rozpuszczanie perfidnych manipulacji i fejk niusów udziela się nam wszystkim. Do tego, że te ciągłe awantury są podsycane przez polityków, zdążyliśmy się przyzwyczaić. Przyjęliśmy, że ci ludzie tak już mają i nie potrafią inaczej. Ale zjawisko hejtu miałoby to miejsca na taką skalę, gdyby nie ludzie mediów, dziennikarze i celebryci, mianowani (niejednokrotnie przez samych siebie) autorytetami. Nie wiedzieć czemu od jakiegoś czasu miarą takiego autorytetu jest maksymalne dojechanie strony przeciwnej. Nie wystarczy już zwykła delikatna ironia lub rzeczowy komentarz. Teraz trzeba kogoś zaorać, a potem jeszcze przysypać dwiema tonami obornika.

Mam swoją prywatną listę takich „autorytetów”. Nie wszyscy na tej liście mają jednakowy zasięg i siłę oddziaływania, ale wspólnym mianownikiem jest swego rodzaju perfidia i przeświadczenie o swojej nieomylności, uprawniające tych osobników do mieszania z błotem każdej osoby lub grupy społecznej, która jest dla nich w danej chwili niewygodna.

Lista zawiera „nieomylnych” zarówno sympatyzujących z partią rządzącą, jak i z opozycją (głównie PO) i ku memu własnemu zaskoczeniu, tych drugich jest więcej. Prezentuję od miejsca dziesiątego do pierwszego:

10. Wojciech Sumliński – tzw. dziennikarz śledczy, autorytet prawicowych zwolenników teorii spiskowych, zasłynął trylogią „Niebezpieczne związki”, jedna z części została poświęcona Donaldowi Tuskowi. Jego pisanina to typowe mieszanie faktów ogólnie znanych z własnymi, niczym nie uzasadnionymi domniemaniami. To typ dziennikarza śledczego, który potrafiłby zrobić agenta KGB z papieża Franciszka. Przerażające jest to, że dla znacznej ilości odbiorców jego pisarstwo jest prawdą objawioną.

9. Zbigniew Hołdys – z ubolewaniem wpisuję na tę listę człowieka, który dla mojego pokolenia miał rzeczywiście status autorytetu. Dla wielu ludzi nadal ma, ale dla mnie już od dłuższego czasu nie. Niektóre jego komentarze są celne i jest to niewątpliwie człowiek o dużej wrażliwości, ale ewidentnie dziś nadużywa swojej dawnej pozycji głosu pokolenia. Jak dla mnie obecnie jest przede wszystkim zgorzkniałym emerytem, który swoimi internetowymi wpisami odreagowuje swoje frustracje. Na moją listę trafia za określenie ruchu Szymona Hołowni „żółtą zarazą”.

8. Piotr Semka – pogardliwe komentarze tego pana są zazwyczaj na poziomie wystąpień ministra Ziobry lub jego wiceministrów. Na listę trafiłby jednak już tylko za jeden z nich, w którym nazwał sympatyków Szymona Hołowni „słupami”.

7. Witold Gadowski – bufon, któremu wydaje się, że jest jedynym nieomylnym komentatorem rzeczywistości. W swoich cotygodniowych komentarzach publikowanych na YouTubie prześlizguje się po prawdzie z równą łatwością, co najnowsza maszynka do golenia Gilette, wybierając z faktów wszystko, co wygodne dla jego tezy, całą zaś resztę pomijając, albo przeinaczając. Oczywiście wszystkie swoje opinie wygłasza z miną prawdziwego eksperta, przez sprawia wrażenie o wiele bardziej wiarygodnego niż dajmy na to Mariusz Max Kolonko, od którego wieje oszołomstwem na kilometr. Poziom zbieżności z prawdą jest jednak podobny u obu panów, asortyment poglądów politycznych również. W każdym razie pan Gadowski ma liczną sektę swoich prawicowych wyznawców, którym regularnie „pierze” mózgi, sącząc do nich przekaz o tym, jakimi lemingami są wszyscy Ci, którzy nie wspierają obecnej władzy, popierają UE itp.

6. Bracia Karnowscy – wspisuję ich razem, bo momentami nie rozróżniam już, co który napisał lub powiedział. Ich zadanie było od dawna jasne – dyskredytować działania wszystkich sił politycznych nie związanych z PiS. W dużej mierze to dzięki nim PiS wygrał wybory w 2015 roku. Taśmy Sowy nie „sprzedałyby się tak dobrze, gdyby nie media braci Karnowskich, a było to jedna z największych manipulacji medialnych w ostatniej dekadzie.

5. Gazeta Wyborcza – jedna z dwóch nominacji zbiorowych, obejmująca całe środowisko dziennikarskie związane z gazetą, także z redakcji innych mediów Agory (np. portalu naTemat). Przyznaję piąte miejsce nie tyle za sam hejt lub brak dziennikarskiego rzemiosła w poszczególnych artykułach – w samej „Wyborczej” wciąż jest jeszcze sporo solidnego dziennikarstwa, niezłych analiz politycznych i gospodarczych, a także przyzwoitej publicystyki. Ale jest też ten „duch” absolutnej moralnej wyższości nad „niedemokratyczną” resztą świata stanowiący imperatyw do mówienia tej reszcie, co jest dobre, a co złe, w stopniu równie niestrawnym, co większość listów apostolskich episkopatu polski. A jeszcze gorsze jest przyzwolenie na totalne okładanie wszystkich myślących inaczej lewicowo-postępowym „miłosierdziem” na w ramach komentarzy do artykułów w internetowych wydaniach Gazety i portalach Agory. W większości przypadków nikt z administratorów na ten hejt w komentarzach nawet nie próbuje reagować.

4. Jacek Żakowski. Kolejny namaszczony ze środowiska orbitującego wokół „Wyborczej”, któremu wydaje się, że wie wszystko lepiej. Czwarte miejsce za bezpośrednie nawalanie w Szymona Hołownię i jego środowisko, zarówno w trakcie kampanii prezydenckiej, jak i po niej, w oderwaniu od faktów, byle było na korzyść kandydatki, a potem kandydata PO. Ten pan od dawna w swoich artykułach czy programach potrafi niemal wyłącznie dzielić, prawda nie jest dla niego istotna.

3. Tomasz Lis. Kiedyś niezwykle go ceniłem za błyskotliwe relacje dla TVP, a potem świetne komentarze i prowadzenie programów informacyjnych TVN. Ale stopniowo coraz bardziej było widać uderzanie „sodówki” do głowy i ten błysk „monopolu na prawdę” w oczach. Potem przyszły poważne problemy ze zdrowiem, leczenie i rehabilitacja, które chyba tylko pogorszyły kontakt redaktora z rzeczywistością, co stwierdzam z tym większą przykrością, gdyż źle mu nie życzę. Wydaje mi się, że wszystkie swoje żale i frustracje, w tym te związane z kondycją fizyczną wylewa w swoich dziennikarskich wypowiedziach. Kiedyś był wyrazisty, ale pomimo tendencyjności, jego ocenom rzeczywistości politycznej trudno było odmówić słuszności. Dziś jest tylko tendencyjny, ale przy tym uzurpuje sobie prawo do kreowania rzeczywistości. A niestety poklaskiwaczy ma bardzo wielu. Moim zdaniem był jedną z 3 osób, które najbardziej przyczyniły się do wzmocnienia polaryzacji wyborców przed wyborami, a tym samym zwycięstwa Andrzeja Dudy.

2. Tomasz Sakiewicz. Człowiek-instytucja, jednoosobowy silnik napędowy całego biznesu hejtu, pogardy i dezinformacji, którego najbardziej jaskrawym przykładem jest „Gazeta Polska”. O ile „Wyborcza” wraz ze swym środowiskiem przynajmniej próbuje choć trochę uprawiać rzetelne dziennikarstwo, o tyle w przypadku „Gazety Polskiej” prawda zdarza się chyba wyłącznie przez przypadek. Tak zmanipulowanych informacji i całych artykułów naładowanych tendencyjnymi i nienawistnymi opiniami nie ma chyba w żadnym innym polskim dzienniku, poziom szamba da się porównać chyba tylko z „NIE”, ale postesbecka gadzinówka Urbana przynajmniej nawet przez chwilę nie udaje patriotycznej gazety i nie jest wspierana z pieniędzy podatników.

  1. Maria Nurowska. Z bólem stwierdzam, że numer „jeden” na liście to przedstawicielka tzw. demokratycznej opozycji. Jest uosobieniem wszystkich najgorszych cech tzw. elit warszawskich, choć sama dla niepoznaki już dłuższego czasu geograficznie zamieszkuje gdzieś w domku na małopolskiej prowincji, o ile dobrze się orientuję. Ma liczne grono adoratorów, którzy niczym sekta pieją z zachwytu przy każdym jej poście na FB. Krytycznych komentarzy pod jej profilem nie znajdziecie, ponieważ aby cokolwiek pisać na jej profilu publicznym, trzeba być jej znajomym (czyt. klakierem). Z powodu paru drobnych sukcesów literackich i publicystycznych ta pani uzurpowała sobie prawo do określania, kto powinien być kandydatem opozycji i dlaczego wszyscy powinni nienawidzić Szymona Hołowni. Niemal każdy fakt, każdą wypowiedź osoby, z którą się ta pani nie zgadza potrafi ona wykorzystać instrumentalnie, wyjąć z kontekstu, przeinaczyć i zamienić w błoto, którym daną osobę obrzuci. Przynajmniej część wyborców Szymona, którzy w drugiej turze nie zagłosowali na RT, podjęła swoją decyzję ze względu na obrzydliwe zachowanie tej pani.

I to koniec listy. Podkreślam jeszcze raz, że ma ona charakter całkowicie subiektywny i może kiedyś ją zaktualizuję. To nie są jedyni hejterzy, ale ci wkurzają mnie najbardziej i wyrządzają moim zdaniem najwięcej szkód. Dla równowagi spróbuję w najbliższych tygodniach zrobić analogiczna listę pozytywnych postaci w mediach, tych, które starają się rzetelnie wykonywać swoją pracę i wykorzystywać swój autorytet do zwiększania świadomości społecznej i budowania porozumienia.

#14/365: 3, 2, 1….! Poszło!

Dziś, czyli w czwartek 23 lipca słońce naszego narodu, prezesów prezesów i super primus inter pares (nie jestem pewien, czy nie powinienem tego określeń pisać dużymi literami, ale dopóki jakiś filolog polski mnie nie poprawi, pozostawiam jak jest), otóż Jarosław Kaczyński odpalił kolejny ładunek. Tym razem jest to powrót do tematu podziału województwa mazowieckiego.

To, że obecny kształt granic województwa mazowieckiego (nie tylko zresztą tego jednego) mógłby sugerować, iż autorzy reformy administracyjnej dokonanej w 1998 roku miewali mówiąc oględnie, słabsze momenty*, nie znaczy, że należy zmieniać kształt tych granic akurat teraz. Po pierwsze, przez ponad dwie dekady województwo działało w miarę sprawnie, pomimo, że w do jego obszaru włączono kawał Podlasia i parę innych jeszcze geograficznych krain historycznie i kulturowo z Mazowszem ani metropolią stołeczną mających tyle samo wspólnego, co Roztocze Wschodnie i Bieszczady. Po drugie, jeśli celem miałaby być poprawa funkcjonowania województwa mazowieckiego, to należałoby wyłączyć jego wschodnią cześć i podzielić pomiędzy województwa ściany wschodniej, synchronizując całą operację z budżetowaniem z UE, tak aby obszary te mogły skorzystać jeszcze z unijnych środków na rozwój ściany wschodniej. Ale to oznaczałoby, że całą operację należało przeprowadzić dawno temu, kiedy jeszcze funkcjonował poprzedni unijny budżet, a jeśli teraz, to również na etapie tworzenia budżetu i polityk pomocowych należałoby zabiegać o specjalne środki na rozwój tej części kraju, która na skutek absurdów administracyjnych była upośledzona pod względem dostępu do środków na rozwój. To jednak wymagałoby długofalowej polityki rozwoju i właściwych relacji z UE, a obie te rzeczy w przypadku opcji obecnie rządzącej są oksymoronem (powiedzmy sobie jednak szczerze, że rządy PO-PSL tematu wschodniej części województwa mazowieckiego również nie załatwiły, choć miały do tego wszelkie narzędzia). W każdym razie mieszanie w granicach województw (a w szczególności województwa mazowieckiego) w obecnym stanie nie przyniosłoby żadnych korzyści finansowych, za to na pewno oznaczałoby spore koszty. No i po trzecie, najważniejsze, są obecnie dużo bardziej pilne i istotne tematy do ogarnięcia – nawrót pandemii (a co za tym idzie konieczność sensownego zorganizowania nauki, pracy i opieki zdrowotnej, bo przecież wszyscy mamy już dość tej prowizorki, którą serwowano nam na wiosnę) i kryzys gospodarczy, który zapuka do nas ze zdwojoną siłą lada moment. A przecież cały czas należy pamiętać, że państwo nasze (tak jak i cały świat) stoi przed gigantycznymi wyzwaniami – zmiany klimatyczne, potrzeba transformacji energetycznej, konieczność dostosowania się do nowych realiów gospodarki w obliczu zagrożenia kolejnymi pandemiami itd. Po co zatem partia rządząca rzuca temat województwa mazowieckiego (a w tle sonduje gotowość społeczeństwa do przeprowadzenia „reformy samorządowej”)? Bo to świetny temat zastępczy. Wrzucenie go nic nie kosztuje. I jeśli nie „chwyci” wystarczająco dobrze, to wrzuci się następne. Takie, które pozwolą przykryć afery, nieudolność rządu, marionetkową prezydenturę, słabe relacje międzynarodowe Polski i kompletne nieprzygotowanie państwa na kolejne wyzwania. Dodatkowa korzyść dla rządzących jest taka, że taki temat zastępczy świetnie nadaje się do utrwalania podziałów społecznych, a zarządzanie przez podziały i konflikty to specjalność Jarosława Kaczyńskiego.

To oznacza, że należy oczekiwać następnych tematów zastępczych. Jaki kolejny zostanie odpalony? Repolonizacja mediów? Aborcja? Konwencja antyprzemocowa? Każdy z tych tematów jest sam w sobie ważny, ale wrzucanie ich do publicznej debaty jest właśnie takim odpalaniem ładunków lub straszeniem, że się je odpali. Za którymś razem może się jednak zdarzyć, że wysadzony zostanie ostatni most łączący i tak podzielone społeczeństwo. Odliczanie trwa…

*_ Szukając jakiejś analogii, dla określenia stanu, w którym wykreśla się tak absurdalne granice województw, przychodzi mi na myśl stan po moim wieczorze kawalerskim albo po paru innych imprezach z czasów studenckich, kiedy ciężko było ustalić, czy to poprzednia impreza się jeszcze nie skończyła, czy może kolejna już się zaczęła, czy też (co również było wersją niekiedy prawdziwą), jest to cały czas ten sam, nieustający bal, tylko skład ekipy nieco się wymienił. Mam wrażenie, jakby politycy (szczególnie opcji aktualnie rządzącej u nas w kraju) traktowali sprawowanie władzy jako taką właśnie imprezę.

#13/365: Dokąd?

Rząd rzucił trochę ochłapów w postaci tzw. tarczy antykryzysowej, pościemniał, że kasy mamy jak lodu i kryzys nam niestraszny i obywatele nie chcąc psuć sobie wakacyjnego nastroju udają, że w to wierzą. A jak znam życie, lada moment nasza władza podrzuci nam parę tematów zastępczych. Tymczasem chcemy czy nie, na świecie szaleje największy kryzys gospodarczy od 90-ciu lat, a epidemia koronawirusa jedynie przykryła jego prawdziwe przyczyny. My jednak udajemy, że tego nie widzimy. Na razie udajemy skutecznie.

Wszystko wskazuje, że program „bon turystyczny”, tak szumnie zapowiadany przez premiera i prezydenta w trakcie kampanii wyborczej został najpierw zredukowany o połowę (jeśli chodzi o kwotę wsparcia), potem został zmodyfikowany, tak, żeby opóźnić jego wprowadzenie i utrudnić korzystanie z niego, co finalnie doprowadzi do tego, że w praktyce odpali on, kiedy większość Polaków wróci z urlopu. Mamy zatem przykład rządzenia według Morawieckiego podany pigułce: najpierw trzeba coś obiecać, a potem oczekiwania społeczne stopniowo wygaszać, a finalnie pospólstwo (czyli my, obywatele) ma zapier… za miskę ryżu. Osobiście nie czuję się wcale zaskoczony, wręcz przeciwnie, szok przeżyłbym, gdyby w tym przypadku nasz rząd postąpił inaczej. Wszystko to wynika z chłodnej kalkulacji, że naród i tak wyjechać na wakacje gdzieś musi, a że urlop zagraniczny grozi w obecnej sytuacji różnymi niespodziankami, to i tak nasz branża turystyczna się nieco odkuje. A jak kogoś nie będzie stać na wyjazd, to znaczy, że mu się nie należy. Proste?

To wszystko wprowadza coroczny dylemat urlopowy „Polska czy zagranica?” na inny poziom rozważań. Bon turystyczny realnie dostępny dla dużej części rodzin mógłby przekonać znaczną część obywateli, żeby jednak spędzić urlop w naszej krainie, mlekiem i miodem płynącej, „gdzie bursztynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała” i „gdzie kruszynę chleba, podnoszą z ziemi przez uszanowanie
dla darów nieba”. Zważywszy, że wszystko wskazuje, iż rządowe wsparcie ograniczy się do wskazanej „miski ryżu”, ten drugi cytat. zaczrpnięty z Norwida może dla wielu rodzin nabrać nowego znaczenia. Chociaż… Nie, raczej nie. Obserwuje nastroje społeczne i stwierdzam, że do Polaków powaga obecnej sytuacji chyba nie do końca dociera. Zbyt długo ich uwagę zaprzątały wybory prezydenckie, a potem kto mógł, to pomimo braku wsparcia pojechał na wakacje, a reszta na nie czeka. Rząd rzucił trochę ochłapów w postaci tzw. tarczy antykryzysowej, pościemniał, że kasy mamy jak lodu i kryzys nam niestraszny i obywatele nie chcąc psuć sobie wakacyjnego nastroju udają, że w to wierzą. A jak znam życie, lada moment nasza władza podrzuci nam parę tematów zastepczych. Tymczasem chcemy czy nie, na świecie szaleje największy kryzys gospodarczy od 90-ciu lat, a epidemia koronawirusa jedynie przykryła jego prawdziwe przyczyny. My jednak udajemy, że tego nie widzimy. Na razie udajemy skutecznie.

Szczerze mówiąc, miałbym ochotę wyjechać na wakacje do kraju, w którym nikt nie udaje, że kryzysu nie ma, bo już udawać się nie da. Na przykład Włochy, Hiszpania, Francja i jeszcze parę innych wakacyjnych krajów, będących w zasięgu, z lepszą gwarancją wakacyjnej pogody. Problem polega jednak na tym, że trzeba liczyć się z koniecznością pozostania w takim kraju zostać o wiele dłużej, niż się planowało lub utknięcia gdzieś w tranzycie powrotnym. A to może oznaczać, że nie będzie już za bardzo do czego wracać tutaj w kraju. Przecież tu też w końcu trzeba będzie przestać udawać, że kryzysu nie ma. Może to przypominać ból nieleczonego zęba, po tym jak środki bólowe staną się nieskuteczne.

W każdym razie do niedawna zwykłem powtarzać, że zarówno w kwestiach ucieczki przed zagrożeniem, jak i wyjazdów wakacyjnych należy stosować się do zasady wypowiedzianej kiedyś przez Leszka Niedzielskiego i Jerzego Skoczylasa w trakcie skeczu kabaretu „Elita” – „uciekniemy przez Zaleszczyki do Rumunii, zajadać się chlebem białym nad Morzem Czarnym”. I jak dodali kabareciarze, ważne żeby się nie pomylić, nie zrobić na odwrót.* Obawiam się jednak, że dla ucieczki przed kryzysem owa zasada może być niewystarczająca.

Ale pewnie to tylko moja tendencja do zbytniego dramatyzowania rzeczywistości…

*_ Na odwrót to oczywiście byłoby „zajadać się chlebem czarnym nad Morzem Białym”. O pomyłkę łatwo, a w pakiecie można dostać obcowanie z białymi niedźwiedziami.

#12/365: Możesz powstrzymać wirusa!

Mam świadomość, że osób, które „wiedzą swoje” w żaden sposób nie przekonam – są jednostki i grupy, które głęboko przekonane o swojej nieomylności będą uparcie twierdzić, że ziemia jest płaska, sieć 5G zabija wołu w ciągu jednego dnia i sprawia, że kury będą znosić rakotwórcze jaja, a jeśli z któregoś coś się wykluje, to na pewno będzie miało dwie głowy. Te same (choć nie zawsze) osoby, będą dowodzić, że szczepionki zabijają lub grożą nieodwracalnym kalectwem u większości szczepionych, a Bill Gates chce wszczepić wszystkim ludziom na ziemi chipy, które pozwolą rządom i korporacjom namierzać obywateli i inwigilować ich 24 godziny na dobę, zaś niewygodne jednostki eliminować wysyłając sygnał wywołujący wewnętrzną destrukcję organizmu.

Rzeczą, która mnie niezmiennie wkurza (w stopniu takim, że resztką sił powstrzymuję się przed użyciem terminu bardziej dosadnego) jest powracające niczym fale przypływu bredzenie, że pandemia COVID-19 to ściema. Co i raz jakiś bliżej niezidentyfikowany negacjonista, mianujący się prześladowanym autorytetem naukowym lub społecznym wystrzeli z twierdzeniem, że statystyki są przekłamane, maseczki nikogo nie ratują, a wszelkie restrykcje są po to, aby zwiększyć kontrolę władzy nad obywatelami. I dyskusja z osobami, które podchwycą tego typu rewelacje przypomina rozmowę z wyznawcami „teorii” o płaskiej ziemi.

Dane na temat pandemii są brutalne – na ogólnoświatowej liście przebojów w kategorii „Przyczyna zgonu” COVID-19 awansował na dobre do pierwszej trójki, wyprzedzając większość chorób (w tym nowotwory), zabójstwa, głód i konflikty zbrojne i doganiając prawie doganiając wypadki drogowe i choroby układu krążenia. Nawet jeśli uznalibyśmy, że statystyki śmiertelności dla COVID-19 są czterokrotnie zawyżone z powodu wpisywania wirusa jako przyczyny zgonu u osób ciężko chorych jeszcze przed złapaniem tej nowomodnej infekcji, to i tak ten wredny skubaniec statystycznie może nas wykończyć z dużo większym prawdopodobieństwem, niż wojna, terroryzm, powódź, pożar lub wirus grypy, do którego COVID-10 jest beztrosko porównywany. Piszę o tych statystykach, choć mam świadomość, że osób, które „wiedzą swoje” w żadem sposób nie przekonam – są grupy osób, które głęboko przekonane o swojej nieomylności będą uparcie twierdzić, że ziemia jest płaska, sieć 5G zabija wołu w ciągu 1 dnia i sprawia, że kury będą znosić rakotwórcze jaja, a jeśli z któregoś coś się wykluje, to na pewno będzie miało dwie głowy. Te same (choć nie zawsze) osoby, będą dowodzić, że szczepionki zabijają lub grożą nieodwracalnym kalectwem u większości szczepionych, a Bill Gates chce wszczepić wszystkim ludziom na ziemi chipy, które pozwolą rządom i korporacjom namierzać obywateli i inwigilować ich 24 godziny na dobę, zaś niewygodne jednostki eliminować wysyłając sygnał wywołujący wewnętrzną destrukcję organizmu.

Wymieniłem kilka z tych pseudorewelacji, ale nie mam zamiaru się z nimi rozprawiać. Nie teraz. Zapewne w najbliższych wpisach podejdę do niektórych z tych „mitów” i spróbuję je rozmontować, ale dziś chciałem zwrócić uwagę na sposób, w jaki te teorie spiskowe i pseudonaukowe atakują nasz świat. Z góry uprzedzam, że nie będzie to jakaś głęboka analiza, ale mam nadzieję, że dla kogoś okaże się użyteczna bardziej niż dowcipny mem o szkodliwości maseczek ochronnych.

Ustalmy na początek, że wszystkie teorie spiskowe, pseudonaukę i inne tego typu rewelację określimy umownie jako „mit”. Mit w istocie działa jak wirus – tak samo wkracza do akcji, tak samo się rozprzestrzenia i analogicznie do wirusa sieje mniejsze lub większe spustoszenie. Różnica polega na tym, że wirusy funkcjonują w biosferze, a mity w sferze społecznej, a w zasadzie w infosferze. Zanim powstanie mit, w infosferze krąży jakiś fakt, zazwyczaj neutralny, często mało znaczący, podobnie jak wirus na początku jest niewinną porcją DNA. Potem często do tego faktu dokleja się kolejny, który zmienia nieco znaczenie tego pierwszego, a potem dopina się kolejny, który z całej sekwencji robi już dość niebezpieczną treść. Weźmy sobie taki przykład (zaznaczam, że rzecz bardzo upraszczam): Dziecko X dostaje zespoloną szczepionkę na większość chorób wieku dziecięcego (fakt prawdziwy), dziecko X dostaje ciężkich powikłań po szczepionce, które prowadzą do uszkodzenia układu nerwowego, przez co dziecko X będzie do końca życia mniej lub bardziej niepełnosprawne (fakt prawdziwy), doktor medycyny komentujący fakt w roli eksperta mówi „To dziecko nie powinno być poddane szczepieniu” (fakt prawdziwy). Mamy zatem trzy prawdziwe informacje, które ustawiają nam się w sekwencję: Gdyby dziecko X nie otrzymało szczepionki zespolonej, nie nastąpiłyby tragiczne w skutkach powikłania. Taka sekwencja trafia do nosiciela „zero” – matki dziecka, która oświadcza „Gdybym wiedziała, to co wiem teraz, nigdy nie pozwoliłabym zaszczepić mojego dziecka”. Mit jest gotowy, choć jeszcze nikt nie wie, że to mit, stanie się nim po przejściu na nosiciela numer jeden. Może być nim przyjaciółka matki dziecka, która delikatnie przeinaczając fakty, pocztą pantoflową rozpuszcza informację „Szczepionki mogą prowadzić do kalectwa dzieci”. W każdym razie historia zaczyna żyć własnym życiem, wirus zaczyna mutować. Potrzebuje jeszcze efektywnego systemu transmisji. Może to być dziennikarz, który delikatnie podkręci fakty, żeby historia się sprzedała i puści rzecz w eter. Ale najlepiej sprawdzają się w tym przypadku media społecznościowe – bo wyłączają one mechanizmy rozsądnego filtrowania i analizowania informacji, zmuszając do szybkiego przetwarzania (tak jak telewizja), ale zapewniają iluzję, że przecież to namiastka słowa pisanego (tak jak prasa), które ma status źródła bardziej wiarygodnego i mniej ogłupiającego. Dzięki temu historia stająca się mitem niczym wirus ciągle może udawać coś niezależnego, będącego wręcz nie na ręke władzy i różnym „czynnikom”, a przez to pożytecznego i bardzo ważnego, co koniecznie trzeba przyswoić i podzielić się tym z innymi. I niemal przy każdej transmisji mit może dalej mutować, bo każdy dorzuci coś od siebie. Bardzo ważnym elementem takiej „epidemii” mitu są „pożyteczni idioci” – to ludzie często całkiem inteligentni, albo przynajmniej sprawiający wrażenie takich, często posiadający wielu znajomych w mediach społecznościowych, a nawet będący celebrytami lub lokalnymi autorytetami, działający niekiedy w dobrej wierze, a niekiedy motywowani wyłącznie własną próżnością i chęcią podtrzymania zainteresowania swoją osobą, powtarzają mit z wielkim namaszczeniem. Niekiedy stawiają na końcu swoich wypowiedzi znak zapytania w stylu „Dlaczego nikt władz się nie wypowie na ten temat? Coś w tym jest, nie sądzicie?”. Po kilku takich występach celebrytów mit rozpowszechnia się ze zdwojona siłą, bo przecież skoro jakaś gwiazda, polityk czy nawet lokalnie rozpoznawany biznesmen się w dany sposób wypowiada, to coś w tym musi być. Pandemia gotowa. Ponieważ w dość szybkim czasie mit wymyka się spod kontroli, zaczyna być traktowany jako prawda, więc co raz trudniej jest odróżnić informacje prawdziwe od nieprawdziwych. W takim środowisku mogą powstawać kolejne mity, tylko że w ich DNA są już wbudowane ewidentne fake newsy. Każdy kolejna generacja mitów będzie zatem groźniejsza od poprzedniej, taka jak coraz groźniejsze mogą być kolejne generacje wirusów.

W naszym szybko komunikującym się świecie mamy niewiele środków pozwalających powstrzymać rozprzestrzenienie się wirusowych półprawd i mitów. Oczywiście wracając do przykładu podanego na początku mojego opisu, najlepiej byłoby zapytać lekarza, który wypowiedział się jako ekspert, co miał dokładnie na myśli. Wtedy dowiedzielibyśmy się, że chodziło mu o to, że to konkretne dziecko nie powinno było otrzymać zespolonej szczepionki, a już na pewno nie w tamtym czasie, gdyż urodziło się jako wcześniak i miało trochę słabszy układ odpornościowy, wobec tego powinno mieć indywidualny kalendarz szczepień, a każda szczepionka powinna być poprzedzona dodatkowym badaniem. A gdybyśmy zapytali matkę dziecka, czy zaszczepiła dwoje kolejnych swoich dzieci, które już nie były wcześniakami, dowiedzielibyśmy się, że tak oraz, że żadne z nich nie miało powikłań. Zazwyczaj jednak nie mamy szans dotrzeć do pierwotnego źródła informacji, a poza tym nawet jeśli, to nie łudźmy się, że uda nam się przekrzyczeć tłum tych, którzy wiedzą lepiej. Kiedy mit zacznie żyć własnym życiem, osoba zainfekowana zamiast uodpornić się na mit, staje się odporna na fakty do tego stopnia, że nie przyjmie ich do wiadomości, nawet jeśli te ugryzą ją w tyłek.

Pozostają nam środki najprostsze, jak w przypadku COVID-19 – zdrowy dystans, do wszystkiego, co widzimy w sieci i maseczka, której odpowiednikiem jest nieudostępnianie wszystkiego jak leci, w szczególności, jeśli nie potwierdziliśmy tego w dwóch, trzech niezależnych od siebie i możliwie obiektywnych źródłach. W każdej chwili udostępniając coś w sieci musimy mieć świadomość, że możemy być tylko pożytecznymi idiotami, biorącymi udział w transmisji szkodliwego mitu. Co gorsza, może być to mit, na którego rozpowszechnieniu zależy komuś, kogo intencje nie są czyste.

Takim pożytecznym idiotą, ogniskiem infekcji mogę być również i ja. Każdy z nas.

Włóż maseczkę! Nie transmituj dalej szkodliwych treści!

#11/365: Dostrojenie

Poniedziałek byłby dniem mało znośnym, gdyby chociaż trochę nie pogrywało w nim echo weekendu. A weekend, poza ciężką i mało wdzięczną pracą upłynął pod znakiem krótkiego wypadu do innego miasta. Sama podróż nie przyniosła jakichś wielkich olśnień, chociaż byliśmy z żoną w miejscach, w których żadne z nas nie było od lat albo wręcz wcale. Toteż nie ta krótka wycieczka ostała się gdzieś na obrzeżach pamięci po tym weekendzie. Jakby nie patrzeć w sobotę i w niedzielę dużo więcej czasu spędziłem w samochodzie (a raczej w samochodach), zarówno pracując, jak i podróżując poniekąd dla przyjemności, niż na przykład na zwiedzaniu. Stąd i moje weekendowe impresje są pośrednio związane z jazdą w samochodzie.

Jedną z rzeczy, którą lubię w podróżowaniu samochodem jest możliwość słuchania muzyki. W podróżowaniu z moją żoną jest ten ten problem, że wprawdzie ona również lubi w podróży muzykę i w dodatku mamy przynajmniej częściowo podobne gusta muzyczne, ale ja lubię muzyki słuchać muzyki na tyle, by można było dosłyszeć różne dźwiękowe niuanse, a dla dla mojej żony ważne jest, by nie było za głośno. Nie wiedzieć dlaczego jedno zazwyczaj nie pokrywa się z drugim. Po drugie moja żona jest niereformowalna pod względem źródła muzyki – musi być albo płyta CD, albo radio. Ja natomiast do dłuższego czasu przestawiłem się na korzystanie z muzyki ściągniętej na smartfona, a od roku korzystam w zasadzie wyłącznie z serwisów streamingowych. Oczywiście moje podejście ma podstawową zaletę w postaci braku konieczności zabierania w dłuższą podróż całego całego plecaka płyt CD, pomijając dylematy z ich wyborem przed podróżą. Korzystając ze streamingu po prostu ładuję to, na co mam ochotę i jedynie wybierając się do jakiejś głuszy odciętej od internetu muszę załadować „zapasy” muzyki wcześniej. Jednakże te zalety nie przekonują mojej żony i wyjeżdżamy z zapasem płyt, co kończy się zazwyczaj tym, że część płyt ginie w trakcie takich podróży na zawsze pozostając w czeluściach zmieniarki CD w samochodzie lub przepadając w okolicznościach dużo mniej znanych.

Tym razem dyskusja na temat „słuchamy mojej czy twojej muzyki” zakończyła się dość szybko, gdyż nieco porysowana płytka CD zabrana przez żonę zaczęła przeskakiwać, mogłem więc podłączyć swojego smartfona. Wiedząc, że moje eklektyczne playlisty figurują u mojej żony na indeksie dzieł zakazanych i że preferowane są całe albumy, zamiast kompilacji, puściłem muzykę zespołu, który towarzyszył mi w samochodzie już od kilku dni. I o dziwo przeszło bez konfliktów, a nawet bez awantury o oto, że muzyka jest za głośna.

Wspomnianym zespołem, który towarzyszył nam przez pierwsza część podróży był Alan Parsons Project. Jest to moim zdaniem jeden z najbardziej niedocenianych zespołów w historii. Założony wkrótce po tym, jak Alan Parsons jako producent wziął udział w nagraniu najlepiej sprzedającego się albumu w historii rocka, czyli „Dark Side Of The Moon” Pink Floydów*, był projektem wyłącznie studyjnym (z wyjątkiem kilku koncertów na początku lat 90-tych), do którego dobierano muzyków sesyjnych. Jest to o tyle osobliwe, że niemal na każdej płycie zespołu były utwory świetnie nadające się do grania na żywo, melodyjne, przebojowe, ale jednocześnie będące daleko o muzycznej tandety. Zapewne ten brak koncertowej promocji sprawił, że pomimo kilku rozpoznawalnych przebojów (np. „Eye in the sky” czy też „Don’t answer me”, ze świetnym animowanym teledyskiem, bardzo pasującym do pionierskich czasów MTV), zespół pozostaje nieznany szerszemu gronu odbiorców i dawno zakończył działalność. A szkoda.

W trakcie podróży słuchaliśmy drugiego albumu „I Robot” z 1977 roku, inspirowanego słynną powieścią o tym samym tytule, autorstwa mistrza SF, Isaaca Asimova. Muzycznie to dzieło jest nieco eklektyczne, ale ponieważ poszczególne utwory odnoszą się do fragmentów powieści lub do kwestii poruszonych przez autora, wszystko to się razem składa w całość. Są na tej płycie i odniesienia do muzyki współczesnej, niczym z katalogu dzieł Lutosławskiego lub Brittena, jest i pulsujący beat funky i disco, jest i futurystyczny ambient w utworze „Nucleus”, który spokojnie może być uznany za muzycznego protoplastę klimatów dźwiękowych użytych 3 lata później przez Vangelisa do zilustrowania „Blade Runnera”. Ale są na tej płycie 3 fragmenty, które czynią ją dla mnie na zawsze niezapomnianą. Najpierw ścieżka 3, ballada „Some other time”, śpiewana przejmującym głosem przez Jaki Whitren, wspomaganą przez chór tak, że w refrenie po plecach chodzą ciary. Potem ścieżka 9, „Total Eclipse”, muzyczne przełamanie w duchu muzyki współczesnej, atakujące arytmiczną kakofonią dźwięków, która ma być zapowiedzią rewolucji, powstania pierwszego syntetycznego gatunku, czyli robotów. Z tej kakofonii wyłania się finał – „Genesis Ch. 1 V. 32”. Tytuł symbolizuje dodatkowy, trzydziesty drugi wiersz dopisany I rozdziału Księgi Rodzaju. Kiedy człowiek stworzył robota na swoje pobieństwo. Z delikatnego motywu jest budowana monumentalna, choć prosta kompozycja, która przez spleciony dźwięk gitary solowej i partii chóru jest jedną z tych, że mogła by trwać i trwać. Idealny temat muzyczny dla napisów końcowych, gdyby ktoś kiedyś jeszcze raz zechciał sfilmować „I Robot”**. Może to nie jest typowa muzyka do samochodu, ale ja od czasu do czasu lubię prowadząc zsynchronizować umysł z takimi dźwiękami. Żona też nie marudziła, a to znaczy, że się nada 🙂

APP ma swoim repertuarze dużo bardziej „samochodowe” płyty, z których ja polecam tę, która odniosła największy sukces w USA, a mianowicie „Ammonia Avenue”. Ta płyta w zasadzie składanka świetnych, przebojowych piosenek, w dodatku bardzo dobrze zaaranżowanych, zagranych, zaśpiewanych i oczywiście wyprodukowanych na najwyższym poziomie. A przy tym wystarczy na chwilę wsłuchać się w teksty, żeby dostrzec, iż Eric Woolfson, drugi filar zespołu, był nie tylko charakterystycznym wokalistą, ale też autorem niebanalnych tekstów i melodii. Największy popis swoich możliwości daje w finałowej, tytułowej balladzie. I to jest kolejny utwór, który zostaje w pamięci na długo po tym, jak zapomina się o całej podróży samochodem.

W każdym razie te dwie płyty Alan Parsons Project polecam każdemu, kto lubi taką inteligentną, ale nie przekombinowaną na siłę muzykę, z rockowym nerwem i wpadającymi w ucho melodiami wokali, gitar klawiszy, a niekiedy całego chóru, w której od czasu do czasu pojawi się jakiś rodzynek w postaci dźwiękowego eksperymentu. Sprawdza się nie tylko w długiej podróży.

Jak ktoś ma ochotę przekonać się osobiście, to wrzucam link do odsłuchania płyty.

*_ To właśnie Alan Parsons był autorem której etiudy dźwiękowej, złożonej odgłosów z tykania i bicia dziesiątków zegarów we wstępie do utworu „Time”

**_ Jak do tej pory jeden z nasłynniejszych cyklów SF, w którym Isaac Asimov traktuje o robotach, doczekał się chyba tylko jednej znaczącej adaptacji, w postaci filmu z 2004 z Willem Smithem w roli głównej. Niestety, pomimo reżyserii Alexa Proyasa, jest to typowa hollywoodzka komercja, będąca głównie filmem akcji w scenerii przyszłości, pozbawioną w w większości filozoficznej głębi literackiego oryginału. Ale może kiedyś weźmie się za dzieła Asimova ktoś na miarę Ridleya Scotta i nie pozwoli tego tak łatwo udu… Popsuć 🙂

#10/365: Gently

Sobotni wieczór 18 lipca był okazją do chwili relaksu przy oglądaniu jednego z seriali, jaki wyłowiliśmy ostatnio z żoną z bogatej oferty Netflixa, a mianowicie produkcji „Holistyczna agencja detektywistyczna Dirka Gently’ego”. Nie podejmę się opisywania fabuły serialu ani w pierwszym, ani w drugim sezonie , więc ci, którzy nie mieli okazji oglądać muszą zadowolić się moim stwierdzeniem, że całość jest pozytywnie „postrzelona”. Chociaż zagadki rozwiązywane przed Dirka i jego przyjaciół wydają się kompletnie absurdalne i w połowie sezonu pozornie panuje totalny chaos, wszystko układa się w spójną całość, gdyż „everything’s connected”, jak głosi motto serialu. I to właśnie stwierdzenie jest przyczynkiem moich sobotnich „afterparty”.

Kilka dni temu moja żona z niemałym zdziwieniem pokazała mi ofertę pracy w jednej firm programistycznych polegającą z grubsza na analizowaniu, uzgadnianiu i tłumaczeniu wszystkiego, co jest związane z wytwarzaniem produktów tej firmy: treści ustnych ustaleń, notatek ze spotkań zespołów, dokumentacji produktu, instrukcji dla użytkowników końcowych a nawet skryptów i treści rozmów prowadzonych przez dział wsparcia technicznego. W sumie oferta nie wyróżniałaby się spośród innych propozycji pracy dla tłumaczy w firmach informatycznych, gdyby z dalszej treści nie wynikało, że większość tłumaczenia ma być z języka angielskiego na… angielski. A w dodatku tak naprawdę nie chodziło nie w sumie o samo tłumaczenie, a raczej pośredniczenie w komunikacji pomiędzy poszczególnymi zespołami programistów, ich managerami, analitykami, wdrożeniowcami, sponsorami projektów i użytkownikami. Gdyż jak się okazuje nawet jeśli wszystkie te grupy będą operować angielskim na poziomie C2 (co jest rzadkością w międzynarodowych projektach), nie oznacza to braku nieporozumień, często katastrofalnych w swoich skutkach. Dla mojej żony bulwersujący był fakt, że firma musi zatrudniać specjalistów z powodu niewydolności komunikacyjnej poszczególnych pracowników i całych zespołów, gdyż według niej człowiek przyjmowany do pracy powinien posiadać niezbędne minimum tzw. ogarnięcia się w zakresie zdolności interpersonalnych. Innymi słowy pracownikowi nie powinien być potrzebny specjalista pełniący rolę „interfejsu” do komunikacji z resztą świata. W odróżnieniu od mojej żony, nie byłem zdziwiony, że tacy ludzie są poszukiwani. Wprawdzie wśród najbliższych przyjaciół i znajomych mam wielu przedstawicieli branży informatycznej, w dodatku będących niezłymi specjalistami i większość z nich nie przystaje do stereotypu oderwanego od rzeczywistości „nerda”, jednakże wiem, iż nie stanowią oni reguły. I nie dotyczy to tylko branży informatycznej. Współczesna nauka i technika wymaga coraz większej specjalizacji, a wiele dziedzin funkcjonuje na tak wysokim poziomie abstrakcji, że są one zrozumiałe jedynie dla grupki specjalistów. Co więcej, dochodzimy jako cywilizacja do punktu krytycznego, w którym pewne nasze wytwory stają się dla nas na tyle abstrakcyjne, że już niezrozumiałe niemal dla nikogo. Tak jest na przykład z operacjami kwantowymi – naukowcy są w stanie zaprojektować komputery kwantowe, zaprogramować je, przeprowadzić na nich operacje, ale kiedy te niezwykłe maszyny osiągną pełnię swoich możliwości całkiem realna stanie się sytuacja, w której przestaniemy rozumieć przebieg procesów w kwantowych superkomputerowych trzewiach. Wprawdzie może da się to jeszcze opisać jakąś zupełnie abstrakcyjną matematyką, ale dla zwykłego śmiertelnika, a nawet dla człowieka całkiem obeznanego z naukami ścisłymi nadążenie za kwantowym przetwarzaniem będzie zupełnie niedostępne. Inaczej rzecz ujmując, peron coraz bardziej nam odjeżdża.

Ale to nie jedyny przykład. To się dzieje w każdej dziedzinie, w fizyce, chemii, inżynierii materiałowej, biologii, medycyny, ale także naukach społecznych, jak chociażby ekonomia i socjologia. Przekłada się to na praktykę naszego funkcjonowania nie tylko zawodowego, ale na tzw. szarą codzienność. Większość ludzi nie rozumie świata, w którym żyje, nie wie jakie procesy stoją za prostą czynnością płacenia telefonem w sklepie, nie ogarnia funkcjonowania swojego samochodu, działania internetu, a matematyczne metody leżące u podstaw mechanizmów na których opiera się bitcoin lub instrumenty finansowe oparte na wielopoziomowym, rozproszonym ryzyku, dla większości ludzi stanowią magię i to czarną, jak senny koszmar szefa Ku Klux Klanu. Nie lepiej jest w kwestii demokracji, kryzysów gospodarczych i politycznych, różnic kulturowych czy zmian klimatycznych. Jest tego tak wiele, że większość ludzi odruchowo wycofuje się w bezpieczne nisze świata, który da się łatwo zrozumieć. Na poziomie zawodowej specjalizacji ma to swoje zalety, gdyż w sumie dobrze jest, kiedy dajmy na to szewc potrafi skoncentrować się na szyciu i naprawianiu butów, zamiast rozmyślać o problemie głodu na świecie (wiem to, bo moje buty po ostatniej naprawie wyglądały jakby szewc rozmyślał o wszystkim, tylko nie o przyklejeniu popsutego obcasa). Podobnie programista powinien skoncentrować się na kodzie swojego oprogramowania, żeby odpalenie jego apki na naszych smartfonach nie wywoływało u nas ochoty zatłuczenia tegoż programisty przy pierwszej nadarzającej się okazji. Kiedy jednak ta segmentacja rzeczywistości i dobrowolne zamknięcie się w swojej bańce zrozumiałego świata dotyka każdej sfery życia, człowiek zaczyna tworzyć własną narrację. I tworzy ją tym usilniej, im bardziej dla niego niezrozumiały jest świat. Współczesna technika wspiera zaś narrację na wszelkie możliwe sposoby. Media społecznościowe sprawiają, że świat wypełnił się miliardami narracji. I głównym problemem jest to, że narratorzy nie próbują się w większości zrozumieć, nawet jeśli mówią o tym samym, a niejednokrotnie nawet to samo. Olga Tokarczuk w swoim przemówieniu z okazji odbioru Nagrody Nobla powiedziała, że świat potrzebuje czułego narratora, który pozbiera te wszystkie narracje i splecie w jedną, wspólną opowieść. Ja jednak nie zgadzam się z noblistką. Uważam, że świat potrzebuje ludzi, którzy będą potrafili wytrącić ludzkość ze stanu miliardów narracji i doprowadzić do tego, że zamienią się one w dialogi – najpierw jednostek, potem zbiorowości.Potrzebujemy właśnie takich tłumaczy, jak wspomniana firma programistyczna, którzy będą starali się do skutku chodzić od człowieka do człowieka, od jednej grupy do do drugiej i tłumaczyć im nawzajem ich narracje, aż zamienią się one we wzajemną rozmowę otwartych na siebie stron.

Szymon Hołownia w trakcie swojej kampanii powiedział, że chce być czułym narratorem, o którym wspomniała Olga Tokarczuk. Ja uważam, że on już dawno temu zaczął być „czułym tłumaczem”, albo raczej „czułym inicjatorem dialogu”. Mam nadzieję, że nim pozostanie.

Na koniec nieskromnie stwierdzę, że taki był chyba od początku mój zamiar odnośnie całej tej pisaniny na jesterzone.org. Aby przybliżyć innym nie tyle swoją narrację świata, ale spróbować scalić, ponazywać, przetłumaczyć różne odległe czasem dziedziny rzeczywistości i stworzyć jakąś przestrzeń dla wspólnego ich zrozumienia. I tak postrzegam też swoją rolę na przyszłość. Chcę zbierać te różne narracje i zamieniać je w dialog. Delikatnie. Gently. Dirk Gently 🙂

#9/365: Niesmak

Sobota minęła nie wiadomo kiedy, a to dlatego, że była dniem roboczym i to bardziej niż zwykle. Plusem tej sytuacji była niewielka możliwość sprawdzania w kraju i na świecie, co między innymi oznaczało puszczenie mimo uwagi najgłośniej komentowanego roku (przynajmniej w naszym kraju) ślubu tego roku. W normalnym kraju takim zainteresowaniem cieszyłby się ślub członka rodziny królewskiej, premiera, znanej gwiazdy muzyki pop lub przynajmniej kogoś, kto ma nazwisko Kardashian. U nas jednak wszystko musi być na opak i społeczna uwaga przez kilka dni skupiła się na ślubie kogoś kto nie jest ani ładny, ani miły, ani wybitnie utalentowany, ani obrzydliwie bogaty, ani znany z cnót ewangelicznych, za to z pewnością można tej osobie przypisać określenie „przydupasa” lub bardziej dosadnie „mendy”* – zaznaczam przy tym, że te uwagi odnoszą się wyłącznie do jednej z osób popełniających wspomniany akt sakramentalno-prawny i dla jasności dodam, że ta osoba była jeszcze całkiem niedawno prezesem TVP. Druga osoba zaangażowana w we wspomniane wydarzenie była jeszcze do 17 czerwca osobą nieobecną w świadomości ogólnospołecznej. I pewnie lepiej byłoby gdyby nieobecną pozostała lub swą obecność zaznaczyła w inny sposób.

W sumie to korci mnie, żeby jakoś skomentować to, że do ślubu przystąpił człowiek, którego małżeństwo zostało unieważnione po 20-stu latach i dochowaniu się trójki dzieci…

Chociaż jak się zastanowić, to możliwe, że to małżeństwo zostało unieważnione wcale nie na wniosek tegoż człowieka, ale jego nie-byłej żony. Patrząc na działalność tego osobnika, nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś chciał uznać 20 lat spędzonych z nim za niebyłe.

*_ Żeby było jasne, określenia jakich użyłem wobec nowożeńca nie przechodzą mi łatwo przez klawiaturę, ale są najłagodniejszymi określeniami społecznych postaw, jakimi zasłynął wspomniany człowiek, którego z imienia i nazwiska nie wymienię, gdyż konfiguracja ta wywołuje u mnie zbyt duży niesmak. Z tego samego powodu nie chce mi się szerzej komentować samego przebiegu i otoczki tego wydarzenia.

#8/365: Tradycji stanie się zadość?

Tematyka ruchów społecznych była jednym z głównych nurtów moich zainteresowań w trakcie studiów socjologicznych i dzięki temu mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że nie było jeszcze na świecie przypadku udanego stworzenia ruchu obywatelskiego, czy w też w szerszym rozumieniu społecznego przez partię polityczną(…) Tu jednak mamy do czynienia z otwarcie zadeklarowanym zamiarem tworzenia ruchu społecznego przez partie polityczną, w dodatku stanowiącą druga najważniejszą siłę w kraju. Ponadto ruch ma (według wstępnych zapowiedzi) nazywać się „Nowa Solidarność” – a to już jako żywo przypomina tworzenie OPZZ przez PZPR.

Nie spodziewałem się, aby po ostatnich emocjonujących tygodniach w piątkowe popołudnie 17 lipca coś jeszcze mogło mnie zaskoczyć lub rozbawić  w polskiej polityce, ale po raz kolejny okazało się, że moja gotowość na nowe fakty może być wystawiona na próbę. Co ciekawe, nie zaskoczył mnie nasz rząd, prezydent-elekt czy też pryncypał tego towarzystwa ani żadna powiązana z nim postać, ale po raz kolejny dreszczyku sprzecznych emocji dostarczyła mi PO. Rafał Trzaskowski spotkał się ze swoim wyborcami w Gdyni, aby oficjalnie podziękować wszystkim za swoja kampanię i głosy (i to żadnym zaskoczeniem nie było), zaś w całym wydarzeniu towarzyszyła mu partyjna świta, z przewodniczącym Budką na czele oraz grupa samorządowców z całej Polski, reprezentujących przede wszystkim partię kandydata. To również zaskoczeniem nie było, pomimo, że przez całą kampanię Trzaskowski opowiadał klechdy sezamowe o tym, jakim bezpartyjnym prezydentem będzie. Zaskoczyłby mnie pan Rafał, gdyby się tam pojawił bez tej partyjnej wierchuszki, wyłącznie ze swoim wolontariuszami i sympatykami.

Nie zaskoczył mnie Trzaskowski również zapowiedzią tworzenia ruchu obywatelskiego – w końcu przepisał program wyborczy od Szymona Hołowni i bez zająknięcia brał do swoich wystąpień całe frazy z wypowiedzi  Szymona na zasadzie „kopiuj – wklej”, więc i w wypadku pomysłu z ruchem obywatelskim taka kopia nie zaskakuje. Raczej co najwyżej irytuje bezczelnością i bezrefleksyjnością w tym „zżynaniu”. Ale widocznie PO to teraz taka „partia specjalnej troski” i trzeba im różne rzeczy wybaczyć. Jednakże w pewnym momencie powyborczego eventu w Gdyni nastąpiło coś, co przegrzało mój bezpiecznik zjawisk i wypowiedzi, nad którymi można przejść bez wysiłku do porządku dziennego. Otóż „wywaliło mi fazę” w momencie, gdy Borys Budka jako przewodniczący partii otwarcie zapowiedział tworzenie ruchu społecznego przez Platformę Obywatelską.

Tematyka ruchów społecznych była jednym z głównych nurtów moich zainteresowań w trakcie studiów socjologicznych i dzięki temu mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że nie było jeszcze na świecie przypadku udanego stworzenia ruchu obywatelskiego, czy w też w szerszym rozumieniu społecznego, przez partię polityczną (choć zdarzało się, że w efekcie ruchu społecznego powstawała partia). A nie zdarzyło się tak z prostego powodu: ruchy społeczne są przejawem i/lub skutkiem oddolnych działań społecznych i nawet jeśli są w jakiś sposób odgórnie inspirowane lub organizują się wokół liderów związanych z polityką, to raczej wtedy, kiedy ci liderzy z głównego nurtu polityki się usuwają (lub usunięci zostali). Tu jednak mamy do czynienia z otwarcie zadeklarowanym zamiarem tworzenia ruchu społecznego przez partie polityczną, w dodatku stanowiącą druga najważniejszą siłę w kraju. Ponadto ruch ma (według wstępnych zapowiedzi) nazywać się „Nowa Solidarność” – a to już jako żywo przypomina tworzenie OPZZ przez PZPR. A ja myślałem że solidne, komunistyczne myślenie jest tylko specjalnością Jarosława Kaczyńskiego i jego partii. Przyznam się, że deklaracja liderów PO wytrąciła mnie z równowagi na tyle, że przez 2 dni nie mogłem dobrać sensownej puenty do tego wpisu…

Olśnienie przyszło w poniedziałek rano, dzielę się zatem nim ochoczo z Wami. Parafrazując klasyka:  „Dzisiaj (czyli w piątek 17.07.2020) w godzinach popołudniowych w Gdyni narodziła się nowa, świecka, tradycja. PO, czyli partia polityczna zainicjowała tworzenie ruchu społecznego.”. A ponieważ to tradycja, nie bądźmy zaskoczeni, jeśli będzie kontynuowana i swój ruch obywatelski społeczny zacznie tworzyć prezydent Andrzej Duda, a może nawet i jego szef.

#7/365: Nie o tym, czyli śmichy-chichy

Dzisiejszy wpis miał być zupełnie o czymś innym, a nawet nie miął być wpisem, lecz krótkim nagraniem video. Ale po pierwsze, nie chciało mi się. Autentycznie wyłączyła mi się chęć do nagrywania filmu, montowania i wysyłania tego w chmurę YouTube. A po drugie pomyślałem sobie „Chciałeś wczoraj sezonu ogórkowego, to masz, korzystaj!”. Bo dzisiaj rzucano w nas ogórkami raz za razem. Więc uznałem, że pójdę po najmniejszej linii oporu i napiszę o tym dwa słowa.

Po pierwsze sprawa ustawy wprowadzającej sankcje za chodzenie w haloweenowym przebraniu. Generalnie szkoda nawet komentować, gdyż pomysł jest tak absurdalny, że jedynie utwierdza nas w opinii, iż nasz sejm pod rządami PiS na dobre zamienił się w Latający Cyrk Monty Pythona. Dziwię się tylko, że sprawie poświęcono w mediach aż tyle czasu, ale to pewnie właśnie efekt „sezonu ogórkowego”. Swoją drogą ciekawi mnie, jak po ewentualnym uchwaleniu tych absurdalnych przepisów 31 października będzie potraktowane pojawienie się w przestrzeni publicznej na ten przykład Ryszarda Terleckiego albo Antoniego Macierewicza, bo oni wyglądają, jakby haloweenowe maski nosili cały rok.

Druga sprawa, w pierwszym odbiorze nieco bardziej bulwersująca, ale moim zdaniem ściśle z tą pierwszą związana (o czym za chwilę) to atak śmiechu pani marszałek Witek, który dał początek fali typowej „głupawki”, przetaczającej się przez całą Wysoką Ciżbę, przepraszam, Izbę. W samym zdarzeniu nie byłoby nic specjalnie niestosownego (w końcu posłowie też ludzie i lepiej żeby sie śmiali, niż obrzucali nawzajem wyzwiskami), gdyby atak śmiechu pani marszałek nie nastąpił w trakcie głosowania nad powołaniem komisji ds. walki z pedofilią. Nazwać to lekkim zgrzytem, to jakby nic nie powiedzieć. W moim odczuciu jednak nie samo to zdarzenie jest bulwersujące, ale jego szerszy kontekst.

Wczoraj dyżurnym tematem był prank rosyjskich youtuberów wkręcających prezydenta Dudę, a dziś już znaleziono kozły ofiarne, które zostaną (przynajmniej wg zapowiedzi) poświęcone. Teraz trzeba było jeszcze całą sprawę przykryć czymś jeszcze bardziej absurdalnym, niesmacznym i śmiesznym (choć jest to śmiech do bólu zębów). I stąd te dwie pozornie niepowiązane ze sobą sprawy, czyli tytułowe sejmowe śmichy-chichy. Niczym dwa „ogórki” podrzucone mediom i publice spragnionej lżejszych tematów. Pytanie, co jeszcze miały te dwa „ogórki” przykryć?

Swoją drogą o lekki dreszczyk przyprawia mnie myśl, że ledwo wczoraj wyraziłem swoje „ogórkowe tęsknoty”, a już dzisiaj spin-doktorzy parti rządzącej na nie zareagowali. Czyżby moja niewinna pisanina dotarła do kogoś wyżej? Nie, chyba popadam w złudzenia ksobne. To znaczy, że czas skończyć pisanie na dziś.

Jutro może w końcu zapowiedziany film. Ale nic na siłę 🙂