Boże Narodzenie 2012

W ten Świąteczny Czas pozwalam sobie jak co roku na chwilę zadumy nad tajemnicą Bożego Narodzenia. A swymi refleksjami się dzielę, bo uważam że oprócz krótkich życzeń i odśpiewania kolęd oraz ewentualnych efektów ubocznych spożycia zbyt dużej ilości tego czy owego, z tych Świąt powinno nam zawsze pozostać coś więcej.

Zamiast głębokich wywodów posłużę się czymś, co nazywam „teologią codzienną”. Opowiem Wam o zdarzeniu z ostatniej soboty. Otóż wracając z przedświątecznych zakupów, jechaliśmy sobie z Kay jedną z bocznych dróg naszej gminy. W pewnej chwili zauważyliśmy niemal równocześnie na polu, niemal tuż przy drodze, coś co przypominało sylwetkę leżącego człowieka. Z bliska byliśmy już pewni – na śniegu leżał człowiek. Zatrzymałem samochód i podbiegłem sprawdzić co się stało. Młody mężczyzna leżał nieprzytomny, splątany z własnym rowerem. Temperatura -12 st. C, utrata przytomności w tych warunkach to pewna śmierć w ciągu 2-3 godzin. Na szczęście delikwenta udało się docucić bez sztucznego oddychania. Na szczęście, bo zgodnie z podejrzeniami był pijany i zdążył się już zsikać w spodnie. Pozytyw była taki, że nie dostał na rowerze zawału ani udaru mózgu.
Po kilkuminutowej szarpaninie udało mi się go wyplątać z roweru i postawić na nogi. Gość nie kontaktował, co się  z nim dzieje, więc nie udało się ustalić się jego personaliów ani miejsca zamieszkania. Wezwałem policję i podtrzymywałem delikwenta, bo każdorazowe pozostawienie go bez podparcia kończyło się wywinięceim przez niego popisowego orła kończonego nakryciem się nogami. W międzyczasie nadeszli miejscowi i razem z nimi udało się z dużym przybliżeniem ustalić personalia mojego „podopiecznego” i uruchomić właściwe „kanały informacyjne” we wsi. Dzięki temu była nadzieja, że zjawią się kuzyni „smakosza” i że trafi on bezpiecznie na miejsce noclegu.
Przez ten cały czas, gdy ja ratowałem (pospołu z innymi) życie delikwentowi, ten próbował  się wyrywać, a przypomniawszy sobie o rowerze, jął rwać się do bicia i wymierzał ciosy powtarzając wciąż swoją pijana mantrę „Gdzie mój rower. Kurwa, zostaw mnie. Gdzie mój rower…”. Na szczęście ciosy wymierzał ze skutecznością adekwatną do swego stanu, a nie do siły młodego byczka, którą Bóg ze swej nieodgadnionej Nieskończoności go obdarzył.
Bo sił młodemu nie brakowało – kiedy już został postawiony na nogi, gotów był już do bitki z całą wsią, chociaż bez asysty lądował z powrotem na lodzie. Podtrzymywaliśmy go zatem na siłę, żeby nie siedział na śniegu i nie sztywniał. W jego stanie było to stanowczo nie wskazane – był już sino-blady na twarzy, co oznaczało, ze jest o krok od hipotermii. Wolałem, żeby przeklinał nas w żywe kamienie i wymierzał ciosy, które od czasu do czasu musiałem parować, niż żeby zamilkł lub padł na lód i nabawił się krwiaka mózgu. Dobrze, że napotkani mężczyźni mi pomogli, bo nie wiem czy sam czy dałbym radę.
W końcu przyszli kuzyni delikwenta, wzięli go pod ręce i powlekli do swojego domu. A ten złorzecząc nam i wciąż odgrażając się za swój rower (którego nikt mu przecież nie zabrał), dał się w końcu zaprowadzić na miejsce bezpiecznego noclegu. Był uratowany, a ja mogłem odwołać policję. Choć wątpię, czy kiedykolwiek gość będzie miał świadomość, że był o krok od śmierci i że powinien być wdzięczny Niebiosom za to, że ktoś akurat przejeżdżał lub przechodził tą drogą we właściwym momencie.

Wspominam o tym zdarzeniu w ten świąteczny nie bez powodu. Kiedy usiadłem na chwilę i przemyślałem sobie to zdarzenie, dotarło do mnie, że ten pijany gość to przecież ja. Ile razy byłem przez kogoś ratowany, a stać mnie było jedynie na podobny bełkot „Gdzie jest mój rower?”. Ile razy Bóg zatrzymał się specjalnie przy drodze, aby uchronić mnie przed śmiercią, oczekując ode mnie jedynie tej odrobiny zaufania, jaką powinien mieć ratowany wobec ratownika?
Boże Narodzenie. Bóg wie, że człowiek będzie bronił się przed Zbawieniem na wszystkie możliwe sposoby. Że będzie rzucał się jak pijak w swej pijackiej malignie, że resztkami swej oszołomionej podświadomości, w dziele Zbawienia będzie widział podstęp, spisek i zdradliwe gusła. Dlatego Bóg przychodzi bezbronny, sam ufając bezgranicznie – jako Dziecko. Dalej posunąć się już nie można. Do mnie należy wybór, czy pozostanę tym pijakiem wybudzonym tuż przed zamarznięciem na skraju drogi, bełkoczącym coś bez sensu i rzucającym się na tego, kto podał mu pomocną dłoń, czy też dam się uratować, wytrzeźwieję i zacznę nowe życie.
Boże Narodzenie. Mogę wybierać…

Życzę Wam i sobie właściwych wyborów.

Jester

Dodaj komentarz